Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 205 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Myślę więc jestem; nie myślę więc jestem.... politykiem?!

wtorek, 31 stycznia 2012 2:45

Nie milkną kontrowersje dotyczące podpisania przez Polskę umowy ACTA. Również media nie szczędzą komentarzy temu wydarzeniu, podrzucając informacje o tym jak głosowali nasi europarlamentarzyści.

Najsłynniejsze chyba stały się słowa europosła Marka Migalskiego:

Dzisiaj rano dowiedziałem się, że głosowałem za ACTA. Serio. I nie mam zamiaru się tego wypierać. Czy wiedziałem, za czym głosuję? Nie. Czy zawsze wiem, za czym głosuję? Rzadko. Czy inni posłowie i europosłowie wiedzą więcej? Nie.

(...)

W 90% przypadków posłowie i europosłowie nie mają pojęcia o tym, nad czym głosują. Dlaczego się tak dzieje? Bo ilość aktów prawnych jest tak duża, że normalny poseł nie jest w stanie zorientować się, o czym decyduje. Mamy do czynienia z zalewem ustaw, uchwał i rezolucji i nie ma szans, żeby jeden deputowany był w stanie zorientować się, co jest przedmiotem głosowania, w którym bierze udział.

(...)

Nad danym projektem pracuje, co najwyżej, jeden poseł danej grupy czy klubu (a i to raczej w czasie wolnym od politycznego knucia). Dlatego, kiedy ostatecznie projekt danej ustawy czy uchwały trafia na salę obrad i jest głosowany, 90% posłów danej partii czy frakcji politycznej patrzy na owego posła i glosuje tak, jak on wskaże (lub patrzy na listę do głosowania). Nie mając - co raz jeszcze podkreślam - bladego pojęcia za czym, bądź przeciwko czemu, się opowiada.

Polityczne samobójstwo, prawda? Też tak sądzę...

Lista do głosowania to norma. W końcu posłowie jednej partii przyjmują jej stanowisko w większości spraw. Podobnie jak fakt, że ilość ustaw, uchwał i innych dokumentów jest olbrzymia, tak w Polsce jak i w Europie i że nie każdy jest w stanie to ogarnąć. Dlaczego jednak jeśli posłowie się dzielą pracą jaką jest czytanie tych projektów nie opracowują krótkiego podsumowania? Pół kartki A4 z uwagami w stylu np „art 1 tej ustawy świetnie nam pasuje, ale w art 3 to tak średnio, bo nasi wyborcy są innego zdania”. I wtedy wiemy za czym głosujemy. A nie gadamy, że "przyszedłem, nacisnąłem "TAK" i wyszedłem". Nie wiem za czym głosuję? Wstrzymuję się od głosu. Proste, prawda?

A jeśli teraz wszystkie partie głosujące „za” nagle krzyczą, że to był błąd to jest to nic innego jak zwykła hipokryzja. Bo ktoś jednak te listy do głosowania zrobił czy też podniósł rękę jako pierwszy, wiedząc, że reszta pójdzie za jego przykładem. Czy taka żałosna próba zdobycia sobie głosów wyborców ma szansę powodzenia? Obawiam się, że niestety tak, jak pokazują zwłaszcza ostatnie sondaże wśród młodych ludzi, gdzie PO spadło o 2 miejsca w dół, a zyskał Ruch Palikota i PiS! Jednak ja apeluję o coś innego: skończmy z wybieraniem mniejszego zła, a wybierzmy swoich przedstawicieli.

Osobiście uważam, że należałoby wymienić całą kadrę poselską na młodzież, która na pewno nie była częścią byłego układu - chyba, że donosiła na przedszkolaka z łóżeczka obok, że na leżakowaniu nie spał:P

I chyba pytanie o stanowisko wobec stwierdzenia posła Migalskiego należałoby zadać każdemu politykowi, który jest albo chce być w Sejmie/Senacie/Europarlamencie....

 Tak więc namawiajmy porządnych i odpowiedzialnych ludzi z naszego otoczenia, niech startują w wyborach! Ten kraj wciąż można zmienić na coś lepszego!

 

PS. Swoją drogą jestem przekonany, że gdyby w ACTA pojawiło się zdanie, że immunitet dyplomatyczny, poselski, senatorski, europoselski etc nie chroni za łamanie tego aktu to każdy z głosujących by mógł na wyrywki mówić konkretne artykuły i by w pełni wiedział za czym głosuje!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Ta druga strona - "Chcesz pracować? Zaszyj kieszenie!"

sobota, 28 stycznia 2012 21:21

No to się zacznie spór blogowy;-) Rodorku, jak wspomniałem, odniosę się do kwestii "wymysłu" kierownictwa Reala w Łodzi dotyczącego zaszywania kieszeni przez pracowników.

Zacznijmy od kwestii generalnej, czyli od miejsca pracy. Real, jak i każdy inny supermarket czy nawet sklep w Galerii Handlowej jest zazwyczaj miejscem wielkopowierzchniowym, posiadającym w swojej ofercie różnego rodzaju produkty, zarówno pod względem cenowym jak i gabarytowym. Mimo wielu zaawansowanych narzędzi jak zabezpieczenia magnetyczne i elektroniczne (bramki), monitoring czy fizyczna ochrona dokonanie kradzieży na tym terenie jest możliwe. A teraz drugi element układanki: ludzie. Pracownicy, którzy wiedzą gdzie są zabezpieczenia (kamery, ochroniarze), wiedzą jak je usunąć i jak je ominąć. Zwłaszcza, że szeregowi pracownicy takich miejsc zarabiają, nie ukrywajmy, mało! Dla takich osób 10zł to sporo pieniędzy. Poza tym (i to mówię z doświadczenia) wiedzą, że ich praca jest bardzo ciężka i wymagająca, ale też bardzo słabo opłacana. I to "ułatwia" podjęcie im decyzji o wzięciu pozapłacowego "dodatku". Skąd to wiem? Jak pracowałem w ochronie, również ciężkim i słabo płatnym zawodzie, to nie widziałem problemu w przesypianiu nawet i 8 godzin z 12, które spędzałem w pracy. Obecnie na nockach, gdzie zarabiam normalnie, nie wyobrażam sobie spania.

Teraz trochę o sposobach. Najpopularniejszym sposobem "zewnętrznych" złodziei są plecaki czy też torby wyłożone folią aluminiową. Wewnętrzny sprawca natomiast dokonuje bardziej eleganckich kradzieży. Zdejmuje się zabezpieczenia, ukrywa towar by wynieść go przy innej okazji (np. jakiegoś zamieszania w sklepie, które skutecznie zajmie ochronę) czy choćby ogólnego rozprężenia tuż przed zamknięciem. Jeszcze łatwiej jest przy dostępie do magazynu, zanim te najdroższe towary (płyty DVD/CD, kosmetyki etc.) zostaną zabezpieczone. Ubrania to też prosta sprawa. Wciąga się koszulkę, potem własną bluzę i już jest OK.

O ile ochroniarze mają podstawowe kryterium zatrudnienia jakim jest potwierdzenie niekaralności (nie starsze niż 6 miesięcy), ale dla zwykłych pracowników, gdyby zastosowano taki wymóg, to liczebność załogi zmniejszyłaby się o połowę. A teraz weźmy pod uwagę popularny ostatnio trend do zatrudniania ludzi przez zewnętrzne agencje. Idzie ich rozpoznać w marketach, bo mają zazwyczaj plakietki z logiem agencji. Tacy ludzie nie mają szacunku do marketu, bo nic ich nie łączy z nim. W tym tygodniu są w Tesco, za tydzień w Realu, a za dwa tygodnie w Biedronce. Jest to też często praca młodych, niewykształconych ludzi, którzy mają mniejsze opory przed wykroczeniami.

Czy to wystarczy za powód do bycia ostrożnym w takiej kwestii? Zaszywanie kieszeni oczywiście powinno się wiązać z możliwością wzięcia chusteczek czy czegoś w ten deseń, odpowiednio oznaczonego w rękę i posiadanie na stanowisku pracy. Niestety, jak dokładnie wygląda regulacja w tym markecie się nigdy nie dowiemy - bo są to wewnętrzne sprawy pracodawcy.

Co do kwestii znacznie drażliwszej to wyjścia do toalety. Tu niestety oprócz prawa każdego człowieka do bycia człowiekiem i posiadania fizjonomii, jest też kwestia funkcjonowania sklepu. Nie może być tak, że nagle 10 z 12 osób pójdzie do toalety, prawda? Albo chociażby dwie koleżanki na raz? Z potrzeby zrobi się ekstra przerwa na plotki i papierosa. Chcąc nie chcą, różnego rodzaju regulacje wyjść mają zapobiec tego typu sytuacją. Tak samo jak "przesiedzenie" czasu pracy w toalecie. Niestety, Polacy są mistrzami bumelanctwa, głównie ze względu na to, że pracujemy bardzo dużo i, znów o tym mówię, za małe pieniądze. Toaleta jest świetną wymówką na dodatkowe 20-30 minut przerwy w ciągu 8 godzin. Doliczając to do standardowej przerwy, 30 minut, robi się już godzia!

"Oznaczanie" kobiet w trakcie okresu. Dobra, to już przesada, jednak z drugiej strony - jak ktoś mający 40 osób, często się zmieniających (bo praca w supermarkecie nie jest wymarzonym stanowiskiem), a zapamiętanie, że ta z piątej kasy i alejki z chemikaliami może częściej korzystać z toalety bo ma okres? Fakt, takie oznaczenie jest wygodne, ale też poniżające. Notatka w kalendarzyku nie dość, że jest dokładniejsza to pozwoliłaby uniknąć sytuacji, że leniwe pracownice mają okres co drugi tydzień;)

W tej kwestii jeszcze dochodzi natura ludzka drugiej strony. Widząc, że wszyscy szeregowi pracownicy robią minimum, które mają robić, w ten sposób się mszczą. Inni mają kompleksy, które "leczą" właśnie poniżając osoby będące na niższych stanowiskach. Często jest to forma słowna, lecz czasami przyjmuje to skrajną formę tego typu upokarzania.

Do śledzenia ludzi ciężko mi się odnieść. Trochę to nielogiczne i niepotrzebne, bo jak wspomniałem - ludzie w tej pracy często się zmieniają...

Czy w świetle tego co napisałem, widać jak myśli druga strona? Pracodawcy, którzy nie dość, że chcą i muszą zarobić, to jeszcze oczekują ludzi, którzy będą pracować, a nie starać się ich oszukiwać czy okradać? Oczywiście, nie wszyscy pracownicy starają się "wycyckać" firmę. Ale w każdym takim molochu handlowym usłyszymy niejedną historię o nieuczciwych pracownikach. A jak wiadomo, jedna negatywna opinia przesłania dziesiątki pozytywne...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Kalorii w łózku (i nie tylko) spalanie...

piątek, 27 stycznia 2012 17:57

Czy zna ktoś lepszy sport niż dobry seks? Rozładowuje napięcie, pozwala ćwiczyć całe ciało (zwłaszcza jak ktoś przerabia kamasutrę;-)) i spala kalorie. No i tu trafiamy na pytanie - ile tych kalorii się spala w trakcie uprawiania miłośći?!

Zgodnie z pewną rozpiską wykopaną w wciąż wolnym Internecie, różnego rodzaju seks różnie wpływa na nasz organizm. Niestety nigdzie nie mogę doczytać w jakim okresie czasu ta suma kalorii będzie spalona, więc na potrzeby tekstu sądzę, że można założyć czas 1 minuta.

Zacznijmy od pozycji. Pozycja misjonarska pozwoli nam spalić 20 kalorii.
W pozycji na jeźdźca spalimy troszkę więcej - 25 kalorii.
Od tyłu natomiast będzie to 40 kalorii.
Najbardziej "wysokokaloryczne" jest kochanie się z kobietą o 1 stopę (30cm) wyższą od mężczyzny - 124 kalorie.

Kolejnym sposobem podziału jest miejsce w którym się kochamy.
I tak na stołku barowym będzie to 20 kalorii, ale już na tylnej kanapie Hondy Civic (co za precyzja badania;-)) będzie to 38 kalorii. Pewnie chodzi o gimnastykowanie się w związku z ograniczoną przestrzenią w aucie;-)
W budce telefonicznej mamy dwie opcje: na stojąco (raptem 14 kalorii) i na leżąco (274 kalorie) - choć raczej będzie to oznaczało kucająco...
Sporo też spalimy kochając się na wysokości kilku tysięcy metrów, w ciasnej toalecie samolotu - 100 kalorii.

Reakcje naszego organizmu też są energochłonne. Przyśpieszony, przerywany oddech spala 3 kalorie na jeden cykl (czyli wdech-wydech). Namiętne jęczenie pozwala pozbyć się 11 kalorii, a głośne okrzyki od 16 do 18 kalorii za krzyknięcie. Błagalne "jeszcze" ewentualnie krótkie instrukcje "szybciej", "głębiej" etc spalają od 22 do 25 kalorii.

Wydawałoby się, że orgazm jest najbardziej kalorio-chłonny, ale chyba niekoniecznie. Odpuszczenie sobie jakiejś kontroli samego siebie i dopuszczenie nadchodzącego orgazmu pochłonie 5 kalorii. Opóźnianie szczytowania zżera aż 79 kalorii! Siła jaką musimy poświęcić na wbijanie paznokci w plecy partnera weźmie od nas 11 kalorii. Natomiast jeśli mamy wystarczająco silną wolę i damy radę utrzymać oczy otwarte podczas orgazmu to stracimy 33 kalorie. Co ciekawe, orgazm sam w sobie zabiera średnio tylko 27 kalorii. Za to udawany orgazm aż 160 kalorii!*

Intensywność orgazmu (tego prawdziwego) waha się od 0,5 do 60 kalorii. Dolny wynik osiągamy gdy orgazm po prostu przychodzi i nic się nie zmienia. 15 kalorii pochłonie orgazm w czasie którego nasza twarz zapłonie rumieńcami. Inne określenia są już bardziej obrazowe niż fizyczne:
magiczna eksplozja - 10 kalorii
trzęsienie ziemi - 30 kalorii
wybuch wulkanu - 47 kalorii
jęczenie po łacinie - 60 kalorii

Moment zakończenia penetracji też jest bardzo istotny, bo jeśli mężczyzna "wyjdzie" z kobiety po orgaźmie to spali raptem 0,25 kalorii. Jeśli jednak tuż przed to straci 500 kalorii!

Wielokrotny orgazm u kobiety też ma swoje skutki. I tak przy 2 orgazmach kobieta spali 14 kalorii. Przy 5 orgazmach będzie to 30 kalorii, przy 8 - 47 kalorii. Jak widać nie są to ani drastyczne wyniki ani też olbrzymie skoki w ilości spalonych kalorii.
Wielokrotny orgazm u mężczyzn (tak, jest możliwy!) też ma swoje, lepsze od kobiecych, wyniki:
2 orgazmy to 21 kalorii
3 orgazmy to 39 kalorii
4 orgazmy to 57 kalorii!

Sposoby doprowadzenia do orgazmów też mają znaczenie. Np przy orgaźmie pochwowym spala się 21 kalorii, przy łechtaczkowym tylko 15, za to przy oralnym 30!

Powtórny seks podczas gdy kobieta jest gotowa oznacza spalenie 5 kalorii. Jednak próba powtórnego seksu gdy mężczyzna nie jest gotowy pozwala spalić 156 kalorii!

A jak wygląda sprawa kalorii podczas seksu grupowego? Samo przedstawienie się pozbawi nas 3 kalorii. Napływ wstydliwości kosztować nas będzie 8 kalorii. Wymiana partnerów (za obopólną zgodą) to zaledwie 4 kalorie, jednak bez wspomnianej zgody to już 62 kalorie. Zazdrość, że partner bawi się lepiej od nas wyssie z nas 16 kalorii, natomiast bycie miłym dla wszystkich (dla tej blondyny o wymiarach 90-60-90 i IQ kwiatka doniczkowego ujeżdżającej Waszego faceta też!:-P) kosztuje 100 kalorii.

Masturbacja nie jest dobrym sposobem na odchudzanie, gdyż zależnie od naszych pobudek czy używanych zabawek pozbawiamy się raptem od 2 do 24 kalorii. Jednak użycie czegoś "niestandardowego", innego niż wibratory, zabawki seksualne czy owoce/warzywa (!) pozwoli nam się pozbyć 50 kalorii.

Zdrada też jest kaloriożerna. Złapanie przez współmałżonka któregokolwiek z partnerów pozbawia nas 60 kalorii. Próba wyjaśniania co i jak to koszt 165 kalorii. Natomiast uspokojenie się po fałszywym alarmie zabiera 100 kalorii. Błyskawiczne ubieranie się jest trzykrotnie "droższe" (300 kalorii), a szybka ucieczka to około 50 kalorii:-]


Jak widać, Amerykanie nadal się nudzą robiąc tego typu opracowania. Ale cóż, sprawmy, żeby seks pozwalał nam zrzucić tego popołudniowego hamburgera;-)

Wersja seks-fitnessu dla kobiet będzie polegała na uprawianiu seksu z dużo niższym facetem na stojąco w toalecie samolotu, ciągle wydając polecenia (10x) i jęcząc (20x), kontrolując swój orgazm i wbijając paznokcie w plecy partnera, a następnie dojść raz (pochwowo) w stylu "trzęsienia ziemi" i udając drugi orgazm (czyli jest wielokrotny;)), później próbować pobudzić niegotowego mężczyznę, a ponieważ nie dało to efektu pozwolić mu doprowadzić się do kolejnego orgazmu oralnie, w międzyczasie słuchając dobijającej się do toalety stewardessy - uspokoić się i szybko się ubrać. Razem wyjdzie Wam drogie panie jakieś 1561 kalorii (90 + 100 + 10*25 + 20*11 + 79 + 11 + 30 + 160 + 14 + 21 + 156 + 30 + 100 + 300).

Teraz wersja seks-fitnessu dla mężczyzn: seks z mężatką od tyłu na podłodze budki telefonicznej z przyśpieszonym oddechem (30x), kontrolowanym, prawdziwym orgazmem na poziomie "erupcji wulkanu" z otwartymi oczami i wyjęciem penisa z kobiety tuż przed i zauważenie jej wkurzonego męża przy miejscu uniesienia, co kończy nasz stosunek "taktycznym odwrotem". Razem 1150 kalorii (40 + 274 + 30*3 + 79 + 27+ 47 + 33 + 500 + 60).

A typowy seks statystycznej pary w łóżku? Najpierw misjonarska, potem od tyłu i na koniec na jeźdźca z szybkim oddechem (20x) i paroma błaganiami (5x), z niepowstrzymanym, prawdziwym orgazmem pochwowym na poziomie "magicznej eksplozji" w kobiecie i wbijaniem paznokci w plecy partner da nam wynik 329,5 kalorii (20 + 40 + 25 + 20*3 + 5*22 + 5 + 27 + 10 + 21 + 0,5 + 11). Mało...

Więc jeśli seks ma spalać Wasze posiłki to zalecałbym kombinacje z moimi dwoma pierwszymi przykładami. Jeśli jednak seks ma dla Was wymiar nie tylko fizyczny, ale też emocjonalny w stosunku do partnera to walić spalone kalorie - co innego się wtedy liczy:-)

oryginał tabelki z kaloriami

* Drogie Panie, mimo tak wysokiego spalania, nie udajemy, nie udajemy!


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Jak się wytłumaczyć ze spóźnienia?

piątek, 27 stycznia 2012 8:01

Jako, że - w przeciwieństwie do bohaterów wczorajszego wpisu - większość z nas lubi sobie pospać, nierzadko jest to przyczyna spóźnienia do pracy... Wyniki pewnej ankiety na ten temat pokazują, że prawie 1/3 (27%) Amerykanów spóźnia się raz w miesiącu do pracy, a 16% pracowników "zalicza" spóźnienie raz w tygodniu!
Oczywiście najpopularniejsze przyczyny spóźnień to zaspanie i korki. To ostatnie da się przewidzieć, jednak mimo to jest to najczęstsza przyczyna - stanowiąca 31% spóźnień wg pracowników!
Na drugim miejscu jest właśnie olewanie budzika - 18% pracowników tak uważa.
Zła pogoda to wg 11% wystarczający powód żeby się spóźnić do pracy.

A gdy mamy dość tłumaczenia się miksem trzech powyższych wymówek? Co oryginalnego można wymyślić? Jak pokazuje blog "The Work Buzz" (The CarreerSeek.com Job Seeker Blog) kreatywność ludzka praktycznie nie zna granic.
Co powiedziecie na wymówkę "myślałem, że wygrałem na loterii" (a potem sprawdziłem kupon raz jeszcze i się okazało co innego:P)?
Albo ""Kawa czy herbata" była zbyt wciągająca."*
Ewentualnie tłumaczcie się: "pożarłem się z współlokatorem, a ten przeciął mi kabel od ładowarki, telefon padł, budzik nie zadzwonił..."
Ciekawym pomysłem jest też stwierdzenie, że czas poświęcany na dojazd powinien być wliczony do czasu pracy!
A czy pracownik twierdzący, że lis ukradł mu kluczyki do auta jest wiarygodny?
Dość bolesną przyczyną jest utrzymywanie, że noga nam utknęła między wagonem metra a peronem (co tłumaczy słynne, londyńskie "mind the gap":-))
Żałosną jak dla mnie wymówką jest stwierdzenie, że rozmowa rekrutacyjna w innej firmie się przeciągnęła...
Są też pracownicy twierdzący, że się nie spóźniają, bo nie zamierzają zjawiać się w biurze przed 9 (mimo, że zaczynają pracę o 8!)
Tłumaczenie się czkawką kota... No dobra, też kiedyś dzwoniłem do firmy, że mogę się spóźnić, bo jestem u weterynarza (i była to prawda!)
Ostatnim z oryginalnych i mających miejsce wymówek jest spóźnienie z powodu rozmowy telefonicznej z gubernatorem stanu.

A wiecie co w tym jest najzabawniejszego? Że zarówno wypadek w metrze jak i telefon od gubernatora stanu okazały się prawdą! Szkoda tylko, że ta wygrana na loterii nie okazała się rzeczywistością, nie sądzicie?

Tak czy inaczej, lepiej się nie spóźniać:) A jeśli już się zdarzy to powiedzieć prawdę...

* "Employee got distracted watching the “Today” show." - tak było w oryginale, po polsku mogłoby brzmieć jak wyżej:)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Kto rano wstaje... ten jest milionerem;)

czwartek, 26 stycznia 2012 18:49

Wyrywający nas z głębokiego snu budzik jest przez nas (przynajmniej w momencie dzwonienia) za światowego wroga nr jeden. Niezależnie czy jest to godzina 6, 7 czy 9 rano. Zawsze jest za wcześnie, chyba że sami się budzimy;)

Niektórzy zwolennicy teorii rannego wstawania mówią o świeżym umyśle, lepszym funcjonowaniu i nieprzesypianiu własnego życia. Biorąc pod uwagę poniższe nazwiska paru osób i ich dochody, może mają rację i czas zacząć wstawać wcześnie?

Na pierwszy ogień idzie CEO* Dan Akerson z General Motors. Potężna firma motoryzacyjna, która mimo wielu problemów na ogarniętym kryzysem rynku USa w latach 2007-2010 wyszła z niego obronną ręką, ma szefa wstające z łóżka pomiędzy 4:30 a 5 rano! Choć jest to podyktowane też praktyczności - kontaktom z GM Asia, które jest parę godzin do przodu;) Ale jego pensyjka to skromne 27 mln złotych...

Dyrektor linii lotniczych Virgin America, David Cush, wstaje co rano o 4:15 i dzień zaczyna od e-maili i telefonów na Wschodnie wybrzeże USA. Virgin jest jedną z najintensywniej rozwijającą się marką na wielu różnych frontach: od sklepów w rodzaju naszego Empiku, poprzez siłownie, linie lotnicze czy transport kolejowy. Dochód Cusha jest trudny do znalezienia, ale sądzę, że ma nieco więcej niż tylko na waciki;)

Kolejnym dyrektorem znanej również nad Wisłą firmy jest Tim Cook - CEO* firmy Apple. Jego budzik wyrywa ze snu o 4:30, a o 5 rano zasuwa już na siłowni (po wykonaniu paru telefonów). Muszę stwierdzić, że dla jego pensji z 2011 roku też bym tak wstawał. Urząd skarbowy musi się cieszyć, że ma do opodatkowania 378 milionów $ rocznego dochodu...

Robert Iger jest dyrektorem generalnym Disney'a i też wstaje o 4:30. Od świtu równocześnie czyta gazety, ćwiczy, ogląda TV i czyta e-maile. Sam siebie określa jako "multitasking person". Jego "efektywność" to ponad 29,5 mln $ dochodu (bez premii, bo żadnej nie dostał!) w 2010 roku...

Były już szef Peugeot GM, Jean-Martin Folz, miał zwyczaj łapania pociągu z Dijon o 4 rano (!) i meldowania się w paryskim biurze o 7 rano. W Polsce by musiał pewnie wyjeżdżać dzień wcześniej, żeby taki dystans pokonać w PKP;) Niestety, zakończył karierę w motoryzacji w 2007 roku i nie mogę nigdzie dokopać się do jego dochodów, ale sądzę, że były wyższe niż średnia krajowa;)

Steve Reinemund, ex-CEO* PepsiCo zrywał się z łóżka o 5:30 i przed pracą wertował dzienniki: The New York Times, The Wall Street Journal, Financial Times i The Dallas Morning News. Ten ojciec czwórki dzieci w 2005 roku zarobił 13,8 mln $.

Drogie Panie, teraz coś dla Was: Andrea Jung, dyrektorka Avon Products wyskakuje z wyra o 5 rano i gna na siłownię. W biurze ląduje o 8:00. Prawie 7 milionów $ zarobione w 2009 roku daje motywację, prawda?

CEO* znanej na świecie i od niedawna w Polsce sieci kawiarni Starbucks, Howard Schultz, wstaje o 4:30, a o 6 rano jest w biurze. Jeśli jego pracownicy stosują się do zasady przychodzenia do pracy przed szefem to im współczuję;) Ale ich szefowi, który w 2010 roku dostał 21,7 mln $ nie współczuję. Za tyle niech zapie....;)

Światowy lider płatności on-line, PayPal był zarządzany przez Jeffa Jordana, który odbijał kartę o 5 rano i tkwił za biurkiem do 7 wieczorem! Ponoć to właśnie długie godziny pracy było powodem odejścia Jeffa, zwłaszcza że jego dochód w 2009 roku nie był imponujący: "zaledwie" 360 tys $. A pomyśleć, że mi za 12h pracy dziennie płacili raptem 30 tys $ rocznie i ja się na to godziłem!:P

Historyczny wpływ na wczesne wstawanie miał Benjamin Franklin, który miał zwyczaj mawiać "Early to bed and early to rise, makes a man healthy, wealthy and wise." ("Wcześne kładzenie się i wczesne wstawanie czyni mężczyznę zdrowym, bogatym i mądrym"). Dzień zaczynał o 5 rano, pytaniem do samego siebie "What good shall I do this day?" ("Co dobrego powinienem dzisiaj zrobić?").

Ex-prezydenci USA, George HW. Bush i jego syn George W. Bush, też mają w zwyczaju poranne wstawanie. Senior zaczynał dzień o 4 rano i nie rzadko siedział do 2 w nocy. Ciekawe z jakich dragów korzystał, co nie? Jego syn był bardziej leniwy, bo w Gabinecie Owalnym stawiał się dopiero o 6:45... Podobnie jak najbliźsi współpracownicy W. Busha: Colin Powell pracujący po 13 godzin (6-19) i Condoleeza Rice opuszczająca sypialnię o 4:30 rano.

Godziny dzwoniących budzików zebrał z różnych źródeł Business Insider, natomiast pensje pochodzą głównie z Forbesa:)

* CEO = dyrektor generalny


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

wtorek, 26 września 2017

Licznik odwiedzin:  985 179  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Młody (coraz mniej), ambitny (coraz więcej) człowiek z własnymi poglądami. Nie korzystam z jednego źródła, nie ufam bezwarunkowo tylko jednej stronie, w każdej sytuacji staram się patrzeć na...

więcej...

Młody (coraz mniej), ambitny (coraz więcej) człowiek z własnymi poglądami. Nie korzystam z jednego źródła, nie ufam bezwarunkowo tylko jednej stronie, w każdej sytuacji staram się patrzeć na punkt widzenia innych i na tym opieram swoją opinię.
Czasem bezkompromisowo, czasem łagodnie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 985179

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Film

Pytamy.pl