Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 205 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Poczuj się jak ksiądz proboszcz...

czwartek, 26 lipca 2012 18:31

Świat mnie zadziwia.

I mimo, że za każdym razem stwierdzam, że nic więcej mnie nie może zaskoczyć, pojawia się coś, co wbija mnie w ziemię i nie daje wstać.

Tak samo było dzisiaj.

Ale wszystko po kolei, jak mawia mój znajomy maszynista... Kolega, dzielący ze mną bardzo fajną pasję, wrzucił na fejsa linka o nowej grze planszowej jaka pojawiła się za oceanem, w kraju wszelkiego zepsucia, ojczyźnie wielkich krążowników szos i McDonald's-a - czyli w Ameryce.
Gra owa zowie się "Episcopopoly".
Brzmi podobnie do "Monopoly"? Powinno. Bo "Episcopopoly" jest kolejną przeróbką "Monopoly". Co wyróżnia "Episcopopoly" od pozostałych (ponad 30) przeróbek i podróbek "Monopoly"? Różnic jest kilka, począwszy od pionków (możemy przemierzać planszę barankiem albo gołębiem), aż po budowle które stawiamy. Zapomnijcie o hotelach. Teraz czeka nas budowanie budynków parafialnych, seminariów duchowych i kościołów!
Tak drodzy państwo, powstała gra "symulująca" czarną mafię! Jej twórczyni, Deborah Esayian należąca do wyznania anglikańskiego z Riverside w USA, chciała uświadomić grającym "co znaczy np. parafia czy też kierowanie całym Kościołem".

Pierwsze 3,5 tysiąca egzemplarzy rozeszło się na pniu...

Tak się zasatanawiam czy Deborah była może ostatnio w Polsce i zobaczyła jak żyją tutejsi księża i biskupi? I postanowiła stworzyć symulację dla biednych pastorów amerykańskich? Bardzo możliwe. Albo po prostu zwyczajnie pomyślała (nie ona pierwsza i nie ostatnia), że na wierze w Boga i Kościele można zyskać tak sławę jak i pieniądze. Sukces gry pokazuje, że duże pieniądze. Lepsze to niż wykorzystywanie Kościoła do zdobycia władzy...

W każdym bądź razie, "Episcopopoly" jest takim hitem w USA, jak u nas wydana przez IPN "Kolejka". Ciekawe czy kupujący grę liczą na jakąś chętną zakonnicę, która poleci na trzy kościoły i dwa seminaria w "Episcopopoly"? Nie wiem;)

Uprzedzając pytania - nie zamierzam kupować tej gry...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Ten zły...

środa, 25 lipca 2012 9:50

Nie ma chyba osoby na świecie, która by nie słyszała o zbrodni na przedmieściach Denver (Kolorado, USA) na premierze najnowszego filmu Christophera Nolana "Mroczny Rycerz powstaje". James Holmes zabił 12 osób, a 58 ranił za co grozi mu kara śmierci.
Cóż, biorąc pod uwagę ilość osób o powaznych zaburzeniach psychicznych to relatywnie mało jest tego typu zdarzeń na świecie.
Jednak jak już się wydarzy, to nie zważając na ludzką tragedię i jakiekolwiek inne przesłanki, media rzucają się na rzekomego winowajcę pośredniego i mielą wszystkie informacje pod tym kątem.
Przykład? (za gazeta.pl)
"Timothy Courtois z Maine został aresztowany dzień po tym, jak zobaczył najnowszą część przygód Człowieka Nietoperza. Policja zatrzymała mężczyznę za przekroczenie prędkości i w trakcie przeszukiwania jego samochodu znalazła cztery pistolety, amunicję i wycinki prasowe na temat strzelaniny w Aurorze. Mężczyzna oznajmił, że dzień wcześniej był na filmie Christophera Nolana, a teraz jedzie właśnie zabić swojego szefa."
Związek z filmem? Ciężko określić, w piątek dopiero go obejrzę i dopiero wtedy będę mógł powiedzieć czy w filmie ktokolwiek zachęca do zabicia swojego szefa... No, ale skoro można to podciągnąć pod chwytliwy temat masakry w Kolorado - to czemu nie? Ludzie kupią gazety. A czy facet na prawdę widział najnowszego "Batmana"? Tego nawet policja nie wie. Tak samo jak ciężko potwierdzić, że facet naprawdę chciał zabić swojego szefa - w końcu tylko tak powiedział.

Drugi przypadek, również opisany przez gazeta.pl to:
"Kolejnego aresztowania dokonano tego samego dnia, ale w Południowej Kalifornii. Jeden z widzów, który udał się na film "Mroczny rycerz powstaje", zaczął grozić obsłudze kina, kiedy projekcja zaczęła się opóźniać. 52-letni Clark Tabor z Norwalk miał w pewnym momencie zacząć krzyczeć: "Powinienem postąpić tak samo jak ten w Colorado! Czy ktoś ma pistolet?"
Jeden ze strażników dostrzegł, że siedzący w drugim rzędzie Tabor trzyma na kolanach mały pakunek. Zawiadomiona policja jednak nie znalazła przy nim żadnej broni."
Jak widać, facet się wkurzył (nie piszą niestety czy był trzeźwy czy nie), trochę pokrzyczał i to wszystko. Nic nie znaleziono przy nim. Ale aresztowano.
Swoją drogą, drodzy dziennikarze - jesteśmy w Polsce, pisze się "Kolorado" a nie "Colorado".

Trzeci przypadek to osoba pod wpływem alkoholu:
"Do jeszcze innego incydentu doszło w Arizonie. William Borboa wywołał "masową panikę" w kinie w Sierra Visa, po tym gdy pijany zaczął rzucać groźby. Gdy zawiadomiona policja próbowała spacyfikować 27-latka, blisko 50 osób uciekło w panice z sali kinowej. Jak się okazało, w plecaku, który mężczyzna przyniósł na seans, znajdowała się tylko pusta butelka po alkoholu."
Tutaj dla odmiany nie wiemy w jaki sposób groził i komu. Jednak dowiadujemy się, że policja próbowała go spacyfikować (próbowała czyli się im nie udało?).

Czy pijani, grożący obsłudze goście to jakaś nowość w kinie?

Nie.

I mówię to z własnego doświadczenia krótkiej pracy na ochronie w jednym z kin sieci na literkę M... Nie było weekendu, żeby kogoś nie trzeba było uspokoić. A wiadomo, że pewne rodzaje filmów (sensacja, akcja, thriller) przyciągają innych ludzi niż dramat o Janie Pawle II, prawda? Druga kwestia to alkohol, który w wielu przypadkach wzmaga agresję i sprawia, że nie panujemy nad tym co mówimy.


Chciałbym też tylko zauważyć, że za każdym razem szuka się przyczyn we wszystkim, oprócz własnych błędów. W tym przypadku łatwo zrzucić winę na widzów filmu o Batmanie (zwłaszcza, że jeden z gości zaczął grozić nim film się zaczął!), w przypadku sprawców masakry w Erfurcie czy w Oslo i na wyspie Utoya winne są gry "Counter-Strike", "World of Warcraft" i "Moder Warfare".
Hmmm, w "Counter-Strike" sam kiedyś bardzo namiętnie grałem i z rozrzewnieniem wspominam podkładanie bomb czy strzał prosto w głowę przeciwnika w tej grze. Znam też parę osób grających w "World of Warcraft", w tym dwie kobiety (sic!), które zapewne już planują dokonanie jakiejś masakry. Może nawet połączymy siły, by mieć większą siłę rażenia? To jest myśl, nieprawdaż? Zwłaszcza gdyby odwiedzić Wiejską...

Tak po prawdzie, jedyny moment w historii zbrodni w którym wspomniano o grze komputerowej służącej "pomocą" przy planowaniu ataku i później się nie czepiano każdego użytkownika tych gier to były zamachy z 11 września. Wtedy powiedziano, że terroryści uczyli się pilotażu korzystając z komputerowej symulacji amerykańskiego giganta - firmy Microsoft - pod tytułem "Flight Simulator". Koniec. Nikt więcej na temat tej gry nie wspomniał. Ciekawe tylko czy na skutek jakiejś interwencji Billa Gates'a czy może samo USA doszło do wniosku, że Microsoft płaci wystarczająco dużo podatków, by nie stawiać ich produktów w złym świetle? Tego nie wiem, ale każdemu innemu producentowi się obrywa za to, że rzekomo ich gry wywołały maasakrę tu czy tam.

A gdzie praca u podstaw? Poszanowanie prawa? Zauważenie, że z dzieciakiem czy partnerem dzieje się coś niedobrego? Przecież mało kto się tak dobrze maskuje, że nikt o niczym nie wie. Ale nie, łatwiej znaleźć kozła ofiarnego: film lub grę komputerową. I problem rozwiązany...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

"Jak kapitalizm to kapitalizm"

piątek, 20 lipca 2012 12:06

Istniejący ponad 30 lat zespół "Pod Budą" już w '93 roku śpiewał:

"Jak kapitalizm to kapitalizm

jesteśmy wielcy byliśmy mali"*

Cóż, wszyscy wtedy się chlubili tym kapitalizmem, mimo ustaw Balcerowicza i cieszyli się, że socjalizm się skończył i nastała era wolności, bogactwa i decydowania o sobie.

Niektórym niestety się nie udało. No bywa. A bankructwo tej czy innej firmy jest naturalnym czynnikiem wolnorynkowym. W końcu nie może być tak, że jakaś firma powstaje i trwa, trwa, trwa, powstają nowe firmy w tej branży i też trwają, trwają, trwają - bo rynek sam reguluje i "pozbywa" się komórek, które nie nadążają. Oferują za słabą jakość w stosunku do ceny czy zwyczajnie popełniają błędy w zarządzaniu. W końcu to, że ktoś jest świetnym budowlańcem, nie oznacza że taka osoba automatycznie będzie świetnym prezesem firmy budowlanej.

I właśnie o branży budowlanej teraz będzie.

Ostatnie lata rozwinęły nasz sektor budowlany: najpierw boom mieszkaniowy, który potężnie napędził rynek (dość radykalnie podnosząc ceny nieruchomości w miastach), później rządowy program "Rodzina na swoim" i rozbudowa kraju z okazji Euro 2012, a teraz, gdy po kryzysie w USA i UE zwiększono wymagania kredytowe nastąpił spory spadek tak w inwestycjach jak i zakupach budowlanych.

Sporo firm, zwłaszcza powstałych w latach 2005-2010 ma obecnie problemy. Prezesi wielkich korporacji zapewne myśleli, że boom na ich branżę będzie trwać wiecznie, podobnie jak właściciele małych firemek. Zabrakło przygotowań i przewidywania, że "nic nie może wiecznie trwać" (jak śpiewała Anna Jantar).

Skutek? Duże firmy bankrutują. Ich podwykonawcy nie dostają pieniędzy, skutkiem czego też bankrutują.

Na początku tego roku był problem z głównym wykonawcą jednej z autostrad w Polsce. Zbankrutował, mimo, że państwo (zleceniodawca) zapłaciło za swoją robotę. Niestety, nie zapłacił swoim podwykonawcom za wykonaną pracę. No cóż, to ich, łagodnie mówiąc, wkurzyło. Zaczęli obwiniać państwo. I żądać od państwa by im zapłaciło.

Problem w tym, że to nie z państwem mieli umowy. Państwo (czyli de facto my) za wykonanie tej roboty zapłaciło. Dlaczego miałoby zapłacić znowu?

Cóż, teraz pojawił się pomysł, by państwo (czyli my) jednak dotowało te przedsiębiorstwa, które wpadły w kłopoty, których przyczyną są zazwyczaj błędy przy zarządzaniu, zamiast pozwolić im zbankrutować, by na ich miejsce powstały nowe, lepiej zarządzane. Źle zarządzane przedsiębiorstwa są obciążeniem dla całego społeczeństwa, zwłaszcza jeśli to społeczeństwo je utrzymuje. Taka firma nie przynosi zysków, co oznacza że nie wnosi podatków. Z drugiej strony, każdy zakup związany mniej lub bardziej z firmą może być odpisany od podatku - co oznacza wręcz wyciąganie pieniędzy z budżetu (przy braku zysku i odpisach powstaje nadpłata). Plus dotacje państwowe tworzy to całkiem sporą kwotę.

Tak, generalnie wiem że bankructwo firmy, zwłaszcza własnej jest dramatem i kosztuje nie tylko pieniądze. Moja najbliższa rodzina doświadczyła tego. Jednak w żadnym momencie państwo nie powinno w sposób bezpośrednio "wspomagać" rynku - bo jedynie mu szkodzi.

Zadanie państwa się kończy na tworzeniu środowiska do powstania i funkcjonowania firmy. Koniec.

Reszta należy do przedsiębiorców - muszą nauczyć się przewidywać koniunkturę rynkową, umieć zarządzać firmą i wiedzieć, że nie zawsze będzie różowo. Jeśli któregoś z tych elementów zabraknie to jest to wina szefa, nie państwa.

Wsparcie upadającej firmy większości z nich nie pomoże - jedynie przedłuży ich agonię, kosztem oczywiście zwykłych podatników.

 

A co z firmami, które sobie radzą? Dlaczego one nie są wynagrodzone za swoją ciężką i co ważniejsze skuteczną pracę? Zamiast tego mają utrzymywać upadającą konkurencję.

Poza negatywną konsekwencją rynkową jest to zwyczajnie nieuczciwe.

 

Ludzie, zrozumcie - socjalizm się skończył!

 

Jesteście odpowiedzialni za siebie i swoje czyny. Wy sami - nie państwo!

 

Tak, jest wygodniej obwinić państwo zamiast zauważyć, że błędne decyzje były przez Was podjęte! Nie ciągnijcie całego kraju na dno tylko dlatego, że sami go sięgacie!

Niewidzialna ręka rynku to nie tylko prosperita i sukces. To również gorycz porażki - bo rynek kapitalistyczny sam się powinien stabilizować. A bankructwo jest jednym z narzędzi niewidzialnej ręki rynku.

Mam tylko nadzieję, że pomysł dotowania bankrutujących firm nie przejdzie. Że politycy w końcu pomyślą o państwie, a nie o głosach wyborców.

 

* fragment tekstu utworu autorstwa Andrzeja Sikorowskiego zaczerpnięty z oficjalnej strony zespołu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

"Pan Prezes"

wtorek, 17 lipca 2012 21:32

Obejrzałem właśnie dość stary skecz jednego z najbardziej znanych w Polsce kabaretów na temat debaty przedwyborczej polskich polityków - kto oglądał to wie, kto nie - niewiele traci;)
I dopiero teraz sobie uświadomiłem dlaczego zawsze mam takie dziwne uczucie jak w mediach mówią o Jarku Kaczyńskim per "pan prezes".
Zawsze te słowa wzbudzały pewien niepokój u mnie. Takie niejasne skojarzenie, że coś na tym obrazku jest nie tak. Jednak nigdy nie mogłem uchwycić tego właśnie ulotnego skojarzenia. Aż do dzisiaj - pełne olśnienie. Przebłysk geniuszu. I wiedzy historycznej.

Tak proszę państwa, sensu tytulatury "pan prezes" należy szukać w hisotrii.


Ale zacznijmy od czegoś oczywistego: w Polsce (i nie tylko) dla osób, które pełniły najważniejsze stanowiska w kraju używa się nadal formalnego tytułu tego stanowiska. Dlatego Aleksander Kwaśniewski czy Lech Wałęsa są w mediach wciąż tytułowani "panie prezydencie". Marek Belka czy Kaziu Marcinkiewicz wciąż są witani "panie premierze".
Jedynie Jarek Kaczyński otrzymał zarówno od mediów jak i od swoich zwolenników jedyny w swoim rodzaju tytuł "pan prezes".


Czy naprawdę jest to taki wyjątkowy tytuł?

Otóż nie - i tu z pomocą przychodzi nam właśnie historia XX wieku.

Nie bez znaczenia jest fakt, że wiele osób o problemach psychologicznych (zwiazanych głównie z kompleksem niższości, chęcią posiadania władzy a nie rzadko kompleksem boga) stara się o stworzenie własnego wizerunku wyróżniającego się zarówno w czasie im teraźniejszym jak i w przyszłych zapisach.
Dla przykładu, Adolf Hitler nadał sobie tytuł Führer.
Inny faszysta, Benito Mussolini, otrzymał przydomek Duce - znaczący dokładnie to samo co tytuł Hitlera, czyli "wódz".
Fidel Castro podczas swoich rządów był tytułowany El Comandante - czyli "dowódca".
W Korei Północnej komunistyczne władze nadały pierwszemu dyktatorowi, Kim Ir Senowi tytuł "Wieczny Prezydent Korei Północnej".
Kolejni przywódcy ZSRR, począwszy od Stalina, nosili tytuł I sekretarza.

Jak widać z powyższej listy głównie osoby potępiane przez historię nadają sobie (bądź oficjalnie otrzymują - od swoich popleczników) takie wyróżniające ich tytuły. Nie są po prostu "prezydentami", "premierami" czy "królami" - a właśnie "wodzami" czy "dowódcami".

Oczywiście wszystkie te wspomniane wcześniej osoby pielęgnowały kult jednostki. Portrety dzierżących władzę miały obowiązek zdobić nie tylko ściany w urzędach, ale często w każdym domu prywatnym. A gdzie nie były wywieszone, tam często smutni panowie z czarnej wołgi składali wizytę i mimo kończyn w gipsie mieszkańcy wieszali poprawny politycznie portret.

Czy ten kontekst rozjaśnia troszkę dlaczego Kaczyński, jako jedyny przewodniczący partii politycznej w Polsce, jest tytułowany w taki sposób? I to w dodatku bardzo często jest akcentowane przez jego nadwornego błazna - Adasia H.


A to niestety kolejny dowód na fanatyzm, a może i na problemy z psychiką pana prezesa Kaczyńskiego - bo skoro członkowie jego partii mówią o nim w ten sposób, zamiast w prawidłowy "panie premierze" to o czymś to świadczy, prawda?
Podobnie jak łatwe do odczytania z wypowiedzi "pana prezesa" stwierdzenie, że jeśli ktoś nie jest z nim, to jest przeciwko niemu (ach, jakie to bliskie pojęciu jedynie słusznej partii z czasów komunizmu, prawda?).

Niestety, podobnie jak w przypadku każdego z tych wymienionych zbrodniarzy XX wieku, pewna grupa fanatyków uważa, że Kaczyński ma rację.
Może i ma.
Może i potrafiłby na chwilę "uzdrowić" Polskę.
Ale jestem przekonany, że wcześniej lub później (raczej wcześniej), nasz kraj by podzielił los ZSRR, III Rzeszy, Królestwa Włoch, Kuby czy Koreii Północnych... Bo dlaczego miałoby być inaczej? Skoro nawet Napoleonowi się nie udało (też miał swój własny tytuł, własną wizję ale w końcu poległ) to tym bardziej nie uda się Jarkowi.

 

A żeby jeszcze umocnić powyższą tezę i pokazać pewne podobieństwo przypomnę o sytuacji z lipca 2008 roku, cytując za Rzeczpospolitą (www.rp.pl):

 

"Klub PiS opuścił salę obrad Sejmu po tym, gdy przepadł w głosowaniu wniosek tego klubu o poszerzenie porządku obrad."

 

I teraz powróćmy do lekcji historii, gdy obrady Reichstagu opuszczali członkowie NSDAP, krótko przed dojściem do władzy Adolfa... Brzmi znajomo?

 

Powinno!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

wtorek, 26 września 2017

Licznik odwiedzin:  985 184  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Młody (coraz mniej), ambitny (coraz więcej) człowiek z własnymi poglądami. Nie korzystam z jednego źródła, nie ufam bezwarunkowo tylko jednej stronie, w każdej sytuacji staram się patrzeć na...

więcej...

Młody (coraz mniej), ambitny (coraz więcej) człowiek z własnymi poglądami. Nie korzystam z jednego źródła, nie ufam bezwarunkowo tylko jednej stronie, w każdej sytuacji staram się patrzeć na punkt widzenia innych i na tym opieram swoją opinię.
Czasem bezkompromisowo, czasem łagodnie.

schowaj...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 985184

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Film

Pytamy.pl